niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział XI

"Jest taka miłość, która nie umiera, choć zakochani od siebie odchodzą"

Hermiona od końca eliksirów unikała Freda. Była na niego tak wściekła, że bała się, że powie coś nie właściwego, w trakcie sprzeczki. Niestety chłopak czekał na nią, gdy skończyła ostatnią lekcję, a mianowicie historię magii. Stał pod salą, a gdy tylko Hermiona z niej wyszła, zmierzył w jej kierunku. Dziewczyna próbowała iść w druga stronę, ale ją dogonił.
- Posłuchaj, nie chciałem namawiać cię do czegoś złego- powiedział, kładąc jej rękę na ramieniu, ale ona nie stanęła.
- Ale to robiłeś. Trzeba było chwilę pomyśleć, chociaż nie wiem, czy potrafisz- warknęła, ale Fred nie dawał za wygraną. Stanął tuż przed nią, tak, że prawie na niego wpadła.
- Uwierz mi, że potrafię- odparł, ale jego głos już nie był łagodny i proszący. Teraz słychać było pewność siebie i odwagę.- Ale nie wiedziałem, że aż tak się zdenerwujesz.
- Nie wiedziałeś, że aż tak się zdenerwuję?!- powtórzyła Hermiona, kpiącym tonem.- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nauka jest dla mnie ważna, prawda?
- Tak, Hermiono, ale mogłabyś czasem odpocząć...
- Nie, nie chcę odpoczywać, te wszystkie zajęcia, na które tak się śpieszę, przez które się nie wysypiam i często nie mam wolnego czasu są najważniejsze. Nie jakieś wagary, tylko właśnie eliksiry, zaklęcia i wszystkie inne przedmioty! To jest najważniejsze!
- Szkoda tylko, że ważniejsze ode mnie- wysyczał Fred i odszedł korytarzem, zostawiając Hermionę samą.
- Nie o to mi chodziło...- szepnęła Hermiona i oparła się ramieniem o ścianę.
Stała tak chwilę, oddychając ciężko, gdy ktoś podszedł do niej, położył jej rękę na ramieniu i z silnym akcentem, mocnym głosem zapytał:
- Wszystko w porządku?
Hermiona szybko odwróciła się do nieznajomego. Stwierdziła, że kojarzy skądś tą twarz, ale nie była pewna skąd. Pewnie jest nowy w szkole, pomyślała dziewczyna.
- Tak, dziękuję, nic mi nie jest- uśmiechnęła się słabo.
- Na pewno? Nie wyglądasz zbyt dobrze, może chwilę tu z tobą posiedzę?
- Nie wiem, jak chcesz...- odparła zrezygnowana.
- Jestem Wiktor Krum, a ty?- spytał. No tak, teraz Hermiona wiedziała skąd go kojarzy, chłopcy go uwielbiali, Ron chyba nawet miał jego plakat nad łóżkiem... A poza tym był jednym z zawodników Turnieju Trójmagicznego.
- Hermiona Granger, miło mi- uśmiechnęła się do Kruma.
- Nie stało się chyba nic złego, prawda?- dopytywał.
- Nie, ja tylko... pokłóciłam się z chłopakiem... zdenerwował mnie bardzo.
- Nie powinien denerwować tak ładnej dziewczyny- powiedział, a Hermiona od razu się zarumieniła. Jeszcze chyba nikt jej nie powiedział, że jest ładna.
- Dziękuję- uśmiechnęła się do niego.
- Nie ma, za co... Może chodźmy już do Wielkiej Sali, zdaje się, że jest obiad, prawda?- dopiero teraz Hermiona poczuła głód. Nie jadła rano śniadania, a minęło juz sporo czasu.
- Pewnie, jestem strasznie głodna- ruszyli w stronę Sali, Hermiona czuła sie trochę niekomfortowo, ponieważ po drodze nastąpiła cisza, a dziewczyna nie wiedziała jak ją przerwać. Czuła co jakiś czas na sobie wzrok Wiktora, nawet wydawało się, że chce coś powiedzieć, już otwierał usta, ale jednak je zamykał, milcząc. Gdy dotarli do Wielkiej Sali i stanęli przed jej drzwiami chłopak zatrzymał się. Hermiona również to zrobiła i spojrzała na niego, a on w końcu się odezwał:
- Może chciałabyś się dzisiaj ze mną spotkać po obiedzie?- zapytał. Hermiona chwilę się zastanawiała czy się zgodzić, przecież dopiero, co pokłóciła się z Fredem, nie chciała żeby miał kolejne pretensje, chociaż z drugiej strony wcale nie miał, o co. Miała też dużo nauki, a nie chciała zawalić jakiegoś przedmiotu, ze względu na jakieś spotkanie. Krum jakby słyszał jej myśli, powiedział:- możemy się pouczyć, jeśli chcesz.- Hermiona się uśmiechnęła i odgarnęła z twarzy kosmyk, rozjaśnionych przez letnie słońce, włosów. Spojrzała w oczy Wiktorowi, przez ułamek sekundy się zawahała, ale z uśmiechem odpowiedziała:
- Dobrze, wezmę książkę od historii magii i spotkamy się w bibliotece, zgoda?
- Pewnie, po obiedzie będę na ciebie czekał.

Weszli do Wielkiej Sali, gdzie siedziało mnóstwo uczniów, zajadających się obiadem. Hermiona znalazła wzrokiem Harry'ego i Rona i już chciała do nich podejść, kiedy zauważyła, że siedzi obok nich również Fred. Nie miała ochoty na rozmowę z nim akurat teraz, więc podeszła do Ginny, która siedziała dość daleko od chłopców.
- Czemu mnie nie obudziłyście?- spytała, z wyrzutem, siadając na miejscu po lewej stronie przyjaciółki.
- Przepraszam, wyszłam z pokoju pierwsza, mówiłam dziewczynom, żeby cię obudziły, ale tego nie zrobiły, powiedziały mi, że też były spóźnione i w roztargnieniu zapomniały.
- No trudno, nie gniewam się- Hermiona czuła się źle z tym, że rano od razu nawrzeszczała na Freda, a dla Ginny była taka pobłażliwa, ale nie chciała znowu wszczynać kłótni, tym razem z przyjaciółką. Nałożyła sobie trochę ziemniaków i grzebała w nich widelcem. Wcześniej była głodna, ale teraz to uczucie minęło. Nie miała ochoty na jedzenie.
- Co robisz dzisiaj po południu?- spytała nagle Ginny, Hermiona zauważyła, że już skończyła jeść i najwyraźniej, czekała na odpowiedź, tylko po to, żeby już iść.
- Idę do biblioteki, będę się uczyć z Wiktorem.
- Z jakim Wiktorem?- zapytała zdziwiona Ginny.
- No, z Krumem.
- Aha, no dobra, bo chodziło mi o to, czy mogłabyś mi pomóc z zadaniem z eliksirów?
- Pewnie! Pomogę ci, nie wrócę późno, więc jeszcze zdążymy- posłała jej przyjacielski uśmiech.
- Dzięki, to ja już idę, pa- powiedziała i ruszyła w stronę wyjścia. Hermiona chwilę za nią patrzyła, ale w końcu sama wyszła. Nic nie zjadła, ale wcale nie czuła głodu.
 
                                                             ***
- Cześć, długo czekasz?- spytała, siadając obok chłopaka.
- Nie, dopiero, co przyszedłem- skłamał Wiktor. Tak naprawdę siedział już w tej bibliotece od czterdziestu minut, mając nadzieję, że Hermiona przyjdzie jak najszybciej.
- To dobrze, oprócz historii mam jeszcze eliksiry i transmutację.
- Doskonale- Wiktor uśmiechnął się do niej, miał nadzieję, że Hermiona zapomni o nauce i będą mogli chwilę porozmawiać.
Dziewczyna otworzyła książkę i zaczęła omawiać temat, mając nadzieję, że chłopak z nią porozmawia o tym, co dzieje się w podręczniku, ale on najwyraźniej nie miał ochoty na naukę, więc po prostu czytała, co jakiś dodając jakieś własne uwagi do tekstu, przypominając sobie daty innych wydarzeń i próbując zapamiętać teraźniejsze.
W końcu, po dwóch godzinach, uznała, że powinna już wracać do dormitorium, w końcu obiecała Ginny pomoc. Zabrała książki ze stoliczka i z Wiktorem ruszyli w stronę wyjścia z biblioteki. Właśnie wtedy Hermiona pożałowała, że nic nie zjadła, zrobił jej się okropnie słabo, ledwo mogła ustać na nogach, co chyba zauważył chłopak, bo szybko zapytał:
- Nic ci nie jest?- W jego oczach widać było troskę.
- Nie, wszystko w porządku, tylko troszkę mi słabo- odpowiedziała cicho, brakowało jej powietrza, a świat robił się coraz ciemniejszy.
- Może chcesz napić się wody?- usłyszała jedynie te słowa, nie zdążyła odpowiedzieć, bo juz osuwała się na kolana, tracąc przytomność.

                                                             ***
Siedziała na trawie, polana była usłana makiem. Uwielbiała jego wyrazisty czerwony kolor. Obok, na kamieniu usiadł mały ptak, wszystko wskazywało na to, że był to koliber. Wyciągnęła do niego rękę, a on dziobnął ją lekko i wskazał malutką główką, żeby odwróciła się. Zrobiła to, ale to, co ujrzała było okropne, gdzieś w tle, daleko, widać było Wieżę Astronomiczną Hogwartu... całą, w płomieniach. Rzuciła się biegiem w tamtą stronę, lecz im szybciej próbowała biec, tym bardziej oddalała się od murów zamku. W końcu poczuła, że ktoś mocno, brutalnie łapie ją w pasie. Uścisk był zarazem niedelikatny, ale czuła, że ktoś nie chce sprawić jej bólu. Poczuła, że jest to mężczyzna, w około jej wieku.
- Nic nie zrobisz, Czarny Pan teraz będzie tu rządził- usłyszała, że ktoś szepcze do jej ucha, głos był ostry, jakby w gardle tej osoby znajdowały się kolce.
Odwróciła się, ujrzała czarną maskę, lecz po chwili, już wiedziała, kto to jest. Na jego lewym przedramieniu widniał Mroczny Znak.
- Puść mnie, muszę tam iść! Muszę im pomóc- zaniosła się szlochem, czuła jak przez zaciśnięte powieki wylewają się łzy. Spróbowała się uwolnić, lecz uścisk był zbyt mocny.
- Nie mogę cię puścić, wtedy to byłoby przestępstwem wobec mojego pana- odpowiedział znów tym samym głosem.
- Kim jesteś?- wykrzyczała.
- Mordercą- odpowiedział zdławionym głosem, jakby ledwo powstrzymywał się od płaczu. Zdjął maskę, a oczom dziewczyny ukazała się znajoma twarz. To był wysoki, przystojny blondyn, a jego czerwone oczy od razu zdradzały, że jednak nie opanował płaczu.
- Avada Kedavra- szepnął, a Hermionę oślepiło zielone światło i martwa runęła na ziemię.
A Draco Malfoy zostawił ją i odszedł w stronę swojej byłej szkoły.
                                                             ***
Pierwszą osobą, jaką ujrzała po obudzeniu była pani Pomfrey, szkolna pielęgniarka, która w tym momencie krzątała się obok łóżka Hermiony.
- Czemu jestem w Skrzydle Szpitalnym?- spytała słabym głosem, siadając na łóżku.
- Zemdlałaś, kiedy wyszłaś z biblioteki szkolnej- odpowiedziała pielęgniarka, podając jej szklankę z jakimś płynem. To pewnie jakieś lekarstwo, pomyślała Hermiona. Pomyliła się, bo gdy wzięła łyk, poczuła smak szoku dyniowego.
- Jak się znalazłam w Skrzydle?
- Pewien chłopiec cię tu przyniósł- odparła kobieta. Hermiona pomyślała, że pewnie była z Fredem i to on ją tu przyniósł, ale niezbyt pamiętała, co dokładnie się stało, widząc jej zamyśloną minę, pielęgniarka kontynuowała:- Był wysoki i dobrze zbudowany, miał ciemne włosy, chyba to on jest reprezentantem Durmstrangu- teraz dziewczyna przypomniała sobie, że była z Wiktorem w bibliotece, a także przypomniała sobie, że jest skłócona z Fredem i nic nie jadła od rana. Pewnie z tego powodu zemdlała.
- Wypiłaś już?- spytała pani Pomfrey, wyciągając rękę w stronę Hermiony.
- Tak, dziękuję bardzo- odpowiedziała, podając pielęgniarce pustą szklankę.- Kiedy będę mogła wyjść?
- Dzisiaj, chciałam tylko, żebyś się obudziła i napiła, z tego, co wiem, nic dzisiaj nie jadłaś- spojrzała na nią surowo.
- Tak, nie byłam głodna.
 
Pielęgniarka pokręciła głową z dezaprobatą i odeszła w stronę swojego pokoiku. Hermiona odrzuciła kołdrę i zwiesiła nogi z łóżka. Spojrzała na swoje stopy, były w skarpetach. Pomyślała o tym, co jej się przyśniło. Draco. Zaklęcie Niewybaczalne. Hogwart w płomieniach. Wzdrygnęła się na myśl o tym. Nigdy nie miała tak mrocznego, strasznego snu. Założyła buty i wyszła ze Skrzydła.
                                                             ***
Weszła do Pokoju Wspólnego Gryffindoru i od razu zobaczyła, że w jej stronę zmierza Ginny.
- Czemu tak długo cię nie było?- spytała zestresowana- myślałam, że coś ci się stało, nie było cię w bibliotece.
- Byłam, ale w drodze, do Dormitorium zemdlałam. Przez jakiś czas byłam w Skrzydle.
- Ale nic ci nie jest, prawda?
- Nie, wszystko ze mną w porządku, nic dzisiaj nie zjadłam, więc zrobiło mi się słabo.
- Jutro dopilnuję, żebyś się najadła- Ginny wywróciła oczami.- Chodź spać, juz późno- rzeczywiście w Pokoju było tylko już dwóch trzecioklasistów.
- Tak, chodźmy już, jestem strasznie zmęczona- ruszyła w stronę schodów.
- Gdy cię nie było McGonaggal przekazała wiadomość osobom z czwartych klas i wyżej- powiedziała Ginny w drodze do dormitorium.- Z okazji Turnieju Trójmagicznego ma się odbyć Bal Bożonarodzeniowy. 




Mam nadzieję, że nowy rozdział się spodoba. W końcu się za niego wzięłam i napisałam ;) Komentujcie, w poprzednim rozdziale pojawiły się komentarze, za co jestem ogromnie wdzięczna, przyjamniej widzę, że kto tu jest ;) Dziękuję też za konstruktywną krytykę :) Czytajcie i komentujcie, kocham was :*